Herb Stowarzyszenia Wychowanków Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Asnyka w Kaliszu.

Władysław Kościelniak

      WŁADYSŁAW KOŚCIELNIAK (ur. w 1916 roku) - artysta grafik, rysownik, autor ekslibrisów, plakatów, historyk z zamiłowania, Honorowy Obywatel Miasta Kalisza, jest w grodzie nad Prosną postacią niezwykle popularną i znaną. W czasie pobytu w Indiach otrzymał Medal Rabindranatha Tagore za upowszechnianie wiedzy o Polsce. Na temat jego twórczości oraz nie tylko artystycznych pasji napisano już trzy prace magisterskie i "kawałek" rozprawy doktorskiej. Posiada wiele odznaczeń państwowych, między innymi Złoty Krzyż Zasługi, Krzyż Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Komandorski, Krzyż z Mieczami za Zasługi dla ZHP.

Jubileusz ze szkicownikiem 

      Dziewięćsetny odcinek "Wędrówek ze szkicownikiem" stał się okazją do zorganizowania w Galerii "Wieża Ciśnień" prezentacji dorobku Władysława Kościelniaka. Wystawa obejmuje kilkadziesiąt prac przedstawiających zabytki naszego regionu, niewielką część tego, co w ciągu minionych 18 lat artysta opublikował w "Ziemi Kaliskiej", z którą związany jest od początku jej istnienia. Dodajmy, że swoje teksty i szkice publikuje również na łamach "Kalisii". 

      O rysunkach ilustrujących cotygodniowy felieton w "Ziemi Kaliskiej" Władysław Kościelniak mówi, że nie należy się w nich doszukiwać cech dzieła sztuki. Swoje ambicje artystyczne realizuje gdzie indziej - w malarstwie, grafice i sztuce ekslibrisu, natomiast rysunek prasowy pełni według niego funkcję służebną wobec tekstu. - Przekonałem się, że rysunki w prasie muszą być realistyczne. W "Wędrówkach ze szkicownikiem" unikam deformacji. Niektóre z tych rysunków to szkice "z ręki". Nieraz używałem do nich tylko ołówka lub - bardzo często - długopisu. Jeśli jakiś temat mnie porwał, wówczas robiłem go w kilku wersjach i w różnych technikach. Tak powstawały niektóre z moich linorytów i drzeworytów. Zdarzało się również, że fotografowałem i temat opracowywałem na podstawie zdjęcia. Ale nadal uważam, że najlepsze są szkice "z ręki". Jestem rysownikiem-dokumentalistą.

      O Władysławie Kościelniaku i jego twórczości napisano już trzy prace magisterskie: na Uniwersytecie Wrocławskim, opolskiej WSP i w kaliskiej filii UAM. Artysta uważa, że właśnie ta ostatnia praca charakteryzuje go najlepiej. Jej autorem jest Maciej Guźniczak, a tytuł brzmi: "Władysław Kościelniak - dokumentalista kultury i sztuki miasta Kalisza". Ale "Wędrówki ze szkicownikiem" i inne obrazki z podróży poświęcone są nie tylko Kaliszowi i nawet nie tylko Ziemi Kaliskiej. Wśród 21 wydanych dotychczas teczek z rysunkami Kaliszowi poświęcono 5, a wśród pozostałych są i takie, które przedstawiają np. Dolny Śląsk czy też Nowe Miasto nad Wartą. Pan Władysław odbywał również podróże o wiele dalsze, m.in. ośmiokrotnie objechał Morze Śródziemne. W jego dorobku bez trudu odnajdziemy artystyczną dokumentację tych wypraw. Ciekawostką jest fakt, że jego reprezentacyjny album pt. "Piękno Ziemi Kaliskiej", zawierający 100 rysunków, obejrzeć można w Internecie.

      Nie istnieje już w Kaliszu przy ul. Szklarskiej jeden z najstarszych domów szachulcowych, którego miejsce zajął Dom Aktora. Nie pozostało śladu po XIX-wiecznym dworku przy ul. Winiarskiej. Nie ma już także dworków w Parcicach, Lutyni i wielu innych. Drewniany spichlerz z kaliskiego Majkowa przeniesiono do skansenu w Lednogórze. Wśród strat niepowetowanych jest i obraz P.P. Rubensa z kaliskiej katedry i XVII-wieczny wizerunek św. Franciszka ze świątyni OO. Franciszkanów, który dziś znajduje się w Gdańsku. Ta lista jest znacznie dłuższa i wielce bolesna dla Kalisza i regionu. Bezpowrotnie utracone cząstki przeszłości w swoich rysunkach, grafikach, obrazach Władysław Kościelniak ocalił dla przyszłych pokoleń - napisał inicjator "Wędrówek..." Maciej Maria Kozłowski we wstępie do minikatalogu wystawy. Ze swojej strony dodajmy, że rekonstrukcje zabytków dziś nie istniejących często możliwe były dzięki starym rycinom i fotografiom. Tak było np. w przypadku zamku w Sycowie, który uległ wypaleniu w czasie ostatniej wojny, a następnie został rozebrany na cegły, które - jak wówczas oceniono - były potrzebne na odbudowę Warszawy. Trudniejsza była rekonstrukcja zamku w Kaliszu nie istniejącego od wielu pokoleń. Władysław Kościelniak dokonał tego na podstawie opisów. Wystawę w "Wieży Ciśnień" oglądać można do końca lipca. Potem trafi ona do muzeum w Jarocinie. A Panu Władysławowi życzyć wypada jeszcze wielu wędrówek ze szkicownikiem, wielu podobnych rysunków i ich wystaw.

Robert Kordes, Kalisia Nowa nr 8/99 

      Przemierzając przez lata kaliskie ulice oraz okolice swego miasta i odległe wioski (zawsze w charakterystycznym berecie i z nieodłącznym szkicownikiem), w niezliczonej ilości rysunków i szkiców stworzył jedyne w swoim rodzaju artystyczne archiwum. Zawiera ono artystyczną dokumentację wszystkich 84 drewnianych kościołów w byłym województwie kaliskim, 21 tek rysunków przedstawiających miasta i miejscowości gminne, a także najpiękniejsze zabytki tego regionu. Na łamach "Ziemi Kaliskiej" ukazało się już około 850 jego bardzo poczytnych, ilustrowanych rysunkami, cotygodniowych felietonów z cyklu "Wędrówki ze szkicownikiem".

      Swoje historyczne zamiłowania potwierdza jako współautor "Kroniki Miasta Kalisza", dokumentalista dziejów tego najstarszego z polskich miast, współtwórca scenografii wystaw (m.in. "Kalisz wczoraj i dziś" w wieży ratusza) oraz artystycznego wyposażenia wnętrz zabytkowych obiektów, takich jak dawna waga miejska na rogatce, przemieniona w uroczą cukierenkę.

      Na kaliskich plantach - z jego inspiracji i według jego projektu - usytuowano jedyny w swoim rodzaju pomnik książki, świadectwo protestu wobec barbarzyńskiego aktu hitlerowców, którzy w czasie drugiej wojny światowej, zasypując istniejący tutaj prośniański kanał Babinka, niszczyli polskie książki. Bardzo cenny pod względem artystycznym i dokumentalnym dział dorobku pana Władysława stanowią często prezentowane na wystawach w kraju i zagranicą ekslibrisy, których zaprojektował i wykonał już około 600, z tego aż 160 dla kaliszan i Kalisza. Jego bogata twórczość (nie tylko graficzna, bowiem zajmuje się on również malarstwem), była już treścią 200 zbiorowych oraz 40 indywidualnych ekspozycji. Ostatnia wystawa, zatytułowana "Term Sancta", miała źródła w niedawnej podróży artysty do Ziemi Świętej. Podróże są dla mnie najcenniejszą inspiracją do czysto artystycznej twórczości - mówi pan Władysław. Poznałem wszystkie kraje basenu Morza Śródziemnego (byłem tam osiem razy), a także kilka innych krajów Europy oraz Indie, które bardzo mnie "podjudzają" i skąd przywiozłem wiele ciekawych prac. Nie lubię stać w miejscu, jak powietrza i światła potrzebuję ruchu, więc pewnie wybiorę się jeszcze w świat... Władysław jest dziś nestorem "dynastii" Kościelniaków - artystów plastyków. Dwaj nieżyjący już jego bracia Tadeusz i Mieczysław byli artystami; prawdziwie współczesną w tej dziedzinie karierę robi jego mieszkający w Holandii syn Cyprian, a wnuczek Patryk jest studentem ASP w Warszawie.

Zbigniew Kościelak, Kalisia Nowa nr 12 2000

Grafika przedstawia kaliski Główny Rynek. Autor podarował ją prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej, Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, podczas jego ostatniej wizyty w Kaliszu, jako dar od mieszkańców miasta.

Koniec mojego wieku

      Urodziłem się w Kaliszu tak dawno, że pachnę jeszcze dziewiętnastym wiekiem, jak ubranie przesycone naftaliną. Z tym miastem przeżywałem i przeżywam jego wzloty i smutki, kawał jego historii, w której czynnie uczestniczę. Był to okres, w którym pamiętam budowę secesyjnych domów, kobiety ubrane w tak długie kiecki, że ich końce ciągnęły się po chodnikach.

      Ich ogromne kapelusze z ogrodami sztucznych kwiatów trzymały się na kopcu bujnych włosów przymocowane wielką szpilą. Pamiętam oryginalne stroje ludowe z podkaliskich wsi. Gospodynie ubrane w czasie uroczystości i świąt w piękne nakrochmalone czepce z wielką także nakrochmaloną kokardą, spod której czerwieniły się sznury korali. Pamiętam także i gospodarzy przyjeżdżających we wtorki i piątki na targ, ubranych niemal zawsze w długie buty z cholewami. Kupiony u Żyda słony śledź trzymany za ogon i uderzony o cholewę dla strząśnięcia śledziowych łusek i soli, wraz z kupioną bułką były śniadaniem oczekującego na kupca .

      Przeżyłem ciekawy okres cywilizacyjny kraju zaniedbanego pod rosyjskim zaborem. Dziesiątki dorożek konnych, które z powodzeniem zastępowały dzisiejsze taksówki. Na wysokim koźle siedział dorożkarz ubrany w odpowiedni strój z wystającym spod kołnierza emaliowanym numerem dorożki. Niestety, punkty postojowe dorożek pachniały końskim moczem, rzadko zmywanym wodą. Pamiętam pierwszy samochód Niemca Deutschmana, pierwszą stację benzynową firmy Vacum Oil Company, a był to czas, kiedy miasto leżało w gruzach po barbarzyńskim zniszczeniu przez tych, o których mówiło się, że przynoszą kulturę z zachodu. Zniszczone miasto powoli odbudowywano, uruchomiono sześć podmiejskich cegielni, które do śródmieścia dowoziły cegłę wózkami na szynach, przecinających miasto w różne strony.

      A śródmieście to gruzy i gruzy. Z tych to gruzów jako mały chłopiec widziałem, jak z odbudowanego już domu na rogu Głównego Rynku i ul. Złotej, z najwyższego piętra zrzucono na przebiegające przez śródmieście słupy z dziesiątkami drutów telefonicznych czerwoną płachtę z czarnymi napisami żydowskimi i polskimi. Wydarzenie to i kolory te zrobiły na mnie duże wrażenie.

      Odbudowywano przede wszystkim domy mieszkalne, potem witano premiera Wincentego Witosa, przybyłego na poświęcenie kamienia węgielnego pod budowę ratusza - trzeciego z kolei. Witano potem i Stanisława Wojciechowskiego, prezydenta Rzeczypospolitej, kaliszanina, który nie doczekał się upamiętnienia go nawet skromną nazwą ulicy. Budowano teatr, który ukończono dopiero w 1937 r. Usuwano ślady po zaborcy: pomnik cara przed sądem, cerkiew prawosławną (jako symbol rusyfikacji), pomnik z 1841 upamiętniający tzw. "zjazd monarchów", rozebrany i przeniesiony do Szczypiorna, gdzie go ponownie zmontowano jako pomnik legionistów.

      Z tympanonu gmachu sądu zdjęto dwugłowego orła carskiego, który do dziś znajduje się na strychu sądowym, a w zbiorach muzeum można oglądać portret gubernatora carskiego Daragana, polonofila. Sytuacje polityczne powodowały zmiany nazw ulic. Dla przykładu podaję zmiany nazwy al. Wolności: po jej zbudowaniu nosiła nazwę Luizy, żony króla Fryderyka, który niby rządził Królestwem Polskim, potem przyjęła nazwę Al. Józefiny, żony Napoleona Bonaparte i ta nazwa utrzymała się przez ponad sto lat. Potem nazwano ją Al. Aleksandry Piłsudskiej. W czasie okupacji: Herman Goering , a po 1945 r. - aleja Józefa Stalina, by po jego śmierci nadać istniejącą nazwę al. Wolności. To przecież tak niedawno, bo w 1902 wybudowano kolej warszawsko - kaliską, którą w trzy lata później połączono z kolejami Europy. Wtedy to wzniesiono budynek Towarzystwa Muzycznego, służący miastu i dzisiaj. W tym też czasie ksiądz Jan Sobczyński zregotyzował kościół Św. Mikołaja, powierzył artystom pomalowanie wnętrza, założenie pięknych witraży, a Włodzimierz Tetmajer przyozdobił kaplicę "Pod orłami" malowidłami o tematyce religijno - patriotycznej. Wkrótce założono Muzeum Ziemi Kaliskiej z połączenia zbiorów archeologicznych że zbiorami Towarzystwa Krajoznawczego. Miały miejsce ruchy rewolucyjne, bunty więźniów politycznych, a miasto rozwijając się poszerzało swoje granice, włączając podmiejskie wsie. Później pobudowano szpital, skanalizowano śródmieście, ale niestety na przedmieściach rynsztokami bielonymi wapnem długo jeszcze płynęły nieczystości. Budowano szkoły, trwała budowa teatru jako symbolu rozwijającej się kultury, miasto doliczyło się 81.052 mieszkańców. To tak, jakby najstarsze miasto w Polsce stało się najmłodszym, prawie nowym.

      Nadszedł rok 1939, rozpoczęła się druga wojna światowa, wywołana przez wnuków barbarzyńców z 1914 r. Nastąpiła okupacja. Niszczenie wszystkiego co polskie i nie niemieckie: ludzi, kultury, pomników. Zmieniano na gwałt nazwy ulic, do parku "Polakom i psom wstęp był wzbroniony", zasypano jedno z koryt Prosny, a zasypywano wszystkim: ziemią, gruzami z rozwalonych domów żydowskich, a także i książkami z kaliskich bibliotek. Wydarzenie to urosło do symbolu najwyższego barbarzyństwa. W odpowiedzi powstał ruch oporu organizowany przez różnego rodzaju ugrupowania polityczne czy patriotyczne.

      Skutki okupacji "kulturtraegerów" były tragiczne. Wprawdzie budynki nie były zniszczone, ale ludność w 1945 r. odliczyła się tylko w połowie. Niemal całkowicie zginęła społeczność żydowska, współżyjąca z nami niemal od samego początku istnienia miasta średniowiecznego. I znów poczęto odbudowywać miasto i życie w mieście niemal od początku, ale już w innym, narzuconym ustroju politycznym, w innego typu okupacji. Powstawały nowe osiedla, ludzi wyprowadzono z piwnic i suteren do czystych i wygodnych mieszkań, fabryki dawały zatrudnienie, wznowiono życie kulturalne: kina, teatry, chóry, hotele, księgarnie, drukarnie, stowarzyszenia, kluby sportowe itp., nadawano honorowe obywatelstwo wybranym ludziom zasłużonym dla naszego miasta. Utworzono komunikację miejską, zawodową straż pożarną, powstała stacja archeologiczna, rozbudowano służbę zdrowia, zaczęto wydawać "Ziemię Kaliską", wznoszono pomniki, umieszczano tablice pamiątkowe, których do dziś naliczyłem ponad osiemdziesiąt, a i to nie są jeszcze wszystkie. Zorganizowano Kaliskie Spotkania Teatralne, festiwale muzyczne, powstała filharmonia, zespół z prawdziwego zdarzenia, Towarzystwo Historyczne wydaje "Rocznik Kaliski", a muzeum powołało do życie swe filie w Russowie, na Zawodziu, w Lewkowie i na ul. Łaziennej, jako Galeria Rysunku i Grafiki im. T. Kulisiewicza. Miasto zostało siedzibą województwa, jak przed wiekami. Wzniesiono osiem nowych świątyń katolickich, ustanowiono honorową odznakę miasta Kalisza, do życia powołano diecezję kaliską, wybudowano Wyższe Seminarium Duchowne, kurię biskupią, istnieją wyższe uczelnie. Zelektryfikowano linię kolejową.

      Niestety, były też i nieszczęścia: "zaginął" sławny obraz "Zdjęcie z Krzyża" P. P. Rubensa z kaliskiej katedry, obrabowano i zbezczeszczono obraz i kaplicę św. Józefa.

      Miasto po raz kolejny rozszerzyło swoje granice, włączając kolejne podmiejskie wsie: Majków, Winiary, Rajsków, Piwonice, Nosków i Szczypiorno. Najdłuższa, albo jedna z najdłuższych ulic, ulica Wrocławska dotknęła granicy miasta Nowe Skalmierzyce. Był to rodzaj zaproszenia dla władz Ostrowa, aby oba miasta zbliżyły się do siebie nie tylko granicami. Kalisz posunął się o 5 kilometrów na zachód, Ostrów, niestety, ani o metr. Dziwna rzecz, Kalisz co pewien czas poszerza swoje granice, bo mu za ciasno, natomiast od lat nie przybywa nam mieszkańców! Czas mija szybko, choć go wymyślili ludzie dla własnych potrzeb i uporządkowania życia. Jest pokój, w naszym mieście nie ma wojska. Dawne koszary służą celom cywilnym - pokojowym, niestety tylko więzienia są coraz pełniejsze.

      Kończy się wiek dwudziesty, miejmy nadzieję, że dwudziesty pierwszy będzie lepszy, ale to wszystko zależy od człowieka, od nas. Moja grafika, którą załączam przedstawia, jak ludzie szukają nowych światów do osiedlenia się, uciekając przed końcem ziemi, który kiedyś nastąpi, tak jak wszystko w całej przyrodzie ginie i umiera i odradza się w innej postaci materialnej czy duchowej . Wskazuje na to przykład wieku mijającego, a grafika próbuje to przedstawić.

Władysław Kościelniak, Kalisia Nowa nr 12/2000

Uroki mojego miasta 

Baszta "Dorotka" i fragment muru obronnego. Rys. Władysław Kościelniak       Często słyszy się zdanie, szczególnie od gości odwiedzających nasze miasto, że Kalisz jest piękny. Mieszkańcy tego nie mówią, bo albo go nie znają, albo nic o nim nie wiedzą. Wobec tego spójrzmy na niego poprzez moje oczy i moje okulary. 

      Z najbliższych, sąsiednich miast naszego regionu wiele uroku w moich oczach ma np. Krotoszyn ze swoimi uliczkami, architekturą domów mieszkalnych i architekturą sakralną, pałacykami oraz specyficzną atmosferą niewielkiego przecież obszaru. Przypomina nawet duże miasto w miniaturze. Podobnie jest z Kaliszem. Zacznijmy jego podziwianie z wieży ratuszowej, której już samo wnętrze na poszczególnych piętrach jest interesujące i zapoznaje nas z historią miasta. Kiedy znajdziemy się na ostatnim, widokowym piętrze, możemy swobodnie wyszukiwać w panoramie miasta najpiękniejsze fragmenty. Spójrzmy ku Zachodowi. Widzimy wąski korytarz ul. Śródmiejskiej, domy mieszkalne z czerwonymi dachami, dalej kościół pw. Św. Rodziny w gęstwinie drzew, potem ulica Górnośląska pnąca się nieco pod górę, a na horyzoncie kilka wieżowców, spośród których wyłania się skromna sylwetka kościoła w Dobrcu, przedmieściu Kalisza, a za nim majaczą we mgle drzewa Szczypiorna. Kiedy spojrzymy ku południowi, widzimy niemal tuż pod nogami masywną sylwetkę kościoła i klasztoru franciszkańskiego, stojących od siedmiu i pół wieków.

      Tu pozwolę sobie na małą dygresję. Denerwuje mnie ustalona data obchodzenia "Święta Kalisza" przypominająca o nadaniu mu praw miejskich. Otóż wszyscy profesjonaliści doskonale wiedzą, że prawa miejskie Kalisz otrzymał między 1257 a 1260, a prof. Zdrójkowski z Wrocławia uważa, że najprawdopodobniej prawa nadał Kaliszowi książę śląski Henryk Brodaty, po zdobyciu grodu na Zawodziu i zniszczeniu go, a następnie pobudowaniu nowego w dzisiejszym miejscu, czyli w 1233 r. Zatem - czyżby kościół franciszkański budowany był przed nadaniem praw miejskich? W 1257 roku?

      Ale wróćmy do pięknych widoków z wieży ratuszowej. Zza sylwetki wspomnianego kościoła franciszkańskiego wychyla się rozłożysty gmach sądów klasycystyczną kolumnadą, widać fragment alei Wolności, a dalej dachy osiedli mieszkaniowych, aż po horyzont. Nieco w lewo - Dom Kultury, teatr i zieleń drzew parkowych, potem wieża kościoła rypinkowskiego, lasy Wolicy, Chełmce z wieżą TV na wzgórzu. Trochę w lewo zabudowania fabryki w Winiarach, widać nawet wzgórza Tłokini. Patrząc na wschód, niemal u stóp ratusza ulica Mariańska, fragment elewacji frontowej kościoła Garnizonowego i niemal morga czerwonego dachu, dalej i bliżej łamańce także czerwonych dachów oraz kolegiata z wieżą zegarową i nową sygnaturką. Zieleń parku i wyżej ul. Łódzka z sylwetką więzienia, bo każdy okupant zostawiał po sobie przede wszystkim koszary i więzienia. Wreszcie widok ku północy - to sylweta katedry z neogotycką wieżą. Gmach tej świątyni wzniesiono, kiedy Kalisz miał prawa miejskie, bo przecież w jego początkach w wieży, kiedy stała jeszcze osobno, zbierać się musiała rada miejska (?!), zanim zbudowano pierwszy ratusz. Widać wąski korytarz ulicy Kanonickiej, która wprowadza nas na Nowy Rynek - targowisko, monotonną zabudową nieestetycznych bud handlowych nie zdobi miasta. Dopiero za tym placem widać nowe, interesujące architekturą domy mieszkalne. Za nimi zabudowania fabryczne, a jeszcze dalej wzniesienia Majkowa i ogromne osiedle domków jednorodzinnych; jest ich tak wiele, że trudno policzyć. 

      Kiedy ponownie znajdziemy się na placu przed ratuszem, wszystko wygląda niby inaczej, ale wcale nie gorzej. Ulica Kanonicka i potężna sylwetka katedry w perspektywie to uroczy obraz. Lubię obchodzić miasto plantami i spoglądać na resztki murów obronnych, dach najstarszego domu mieszkalnego w Kaliszu - domu parafialnego św. Mikołaja z dominującą nad nimi katedrą - to jeden z najpiękniejszych widoków w Kaliszu. Lubię, nawet bardzo, widok na szkoły muzyczne z wykonanym przeze mnie sgraffitem, basztę "Dorotkę" z fragmentem murów obronnych, kolegiatą z wieżą i sygnaturką nowo założoną. Dobrze jest siąść na chwilę na jednej z ławek, posłuchać melodii z kurantów zainstalowanych na wieży. Kiedy wzrok przesunie się nieco w lewo, wyłania się gmach starostwa, który w swej historii miał wielu gospodarzy, także obcych. Dalej park. Tak się złożyło, że to nie jest ten park, o którym się mówiło, że jest jednym z piękniejszych w naszym kraju. Dziś z tamtego pozostało bardzo niewiele, najwięcej wspomnień. Dewastację rozpoczęli Niemcy w czasie okupacji zasypując odnogę Prosny biegnącą przez park. Potem wycięto wiele drzew, usunięto figury parkowe, zresztą swego czasu sprowadzone z Bawarii. Tym, którzy nie znali tamtego parku i ten może się podobać.

      Lubię popatrzeć z "Czerwonego mostu" i rzucić okiem na perspektywę kanału Bernardyńskiego, prostego, jak strzelił, pełnego parkowej zieleni. Z tego mostu prowadzi uliczka dla pieszych o nazwie "Walecznych", do ulicy Łódzkiej, prosto na więzienie. Lubię plac Kilińskiego z architekturą kościoła Jezuitów, pałacu Puchalskiego, niestety oszpecanego przez samowolę sklepikarzy. Lubię wjazd na plac Jana Pawła II z panoramą na kolegiatę, pomnik papieża i cały zespół pojezuicki z kościołem Garnizonowym, który przypomina mi włoską architekturę, zresztą prawdopodobnie przez Włocha projektowaną. Co mi się jeszcze podoba? Uliczka Chodyńskiego z perspektywą na kościół Garnizonowy, kiedy popołudniem oświetlona jest jego elewacja. A aleja Wolności? Czyż nie jest piękna, kiedy spaceruje się wieczorem wśród galerii świateł z perspektywą na teatr? 

      Nie zawsze udaje mi się spacerować po uroczych uliczkach Kalisza, ale kiedy zapragnę, wychodzę na balkon sąsiedniego domu i podziwiam miasto, czego dałem wyraz w swoich felietonach oraz setkach rysunków. A jeżeli jeszcze mam niedosyt, wchodzę na dach nad moją pracownią i mam cały Kalisz przed i pod sobą, poczynając od Majkowa, poprzez Chmielnik, Rypinek, Chełmce aż po Dobrzec i Szczypiorno. Jednym słowem, Kalisz jest naprawdę uroczym i ładnym miastem nie tylko dla mieszkańców i tych, którzy bez względu na jego urodę kochają go.

WŁADYSŁAW KOŚCIELNIAK, Kalisia Nowa nr 8/2000
Baszta "Dorotka" i fragment muru obronnego. Rys. Władysław Kościelniak 

 Powered by Microsoft BackOffice LOGO MS INTERNET EXPLORERFPCREATED.GIF (9866 bytes)


Twórcą i sponsorem stron internetowych Ziemi Kaliskiej  jest firma rodzinna - Zakład Informatyki i Elektroniki MIKROSAT,
62-800 Kalisz, ul. Sułkowskiego 2, tel. (0-62) 7671842 w osobach Krzysztofa Płocińskiego  
- właściciela, oraz dzieci: Mateusza, Szymona i Marii Płocińskich, e-mail: kplocinski@mikrosat.com.pl.

 Wszystkie opublikowane materiały można wykorzystywać w każdy godny sposób pod warunkiem podania źródła.
Š 1996-2001 by Krzysztof Płociński i rodzina.